Przede mną pierwszy w Indiach posiłek, ciekawe jak go zniosę. W międzyczasie: krótkie retrospekcje (kelner przyniósł Pepsi, nalaną do szklanki niestety, ale bez lodu, więc ryzykuję pierwszy łyk, smakuje normalnie).

Retrospekcja I

Podróż nie zdążyła się jeszcze zacząć, a już problemy… Siedzimy w samolocie do Moskwy, zaraz powinniśmy startować. Siedzimy, siedzimy… Podjeżdża samochód (CD), wielki bysio wchodzi do samochodu, zagląda do środka i mówi… „Pani Horwat? Pan Paszkowski? Proszę państwa, mają państwo lot na 16:05, nie możecie lecieć tym lotem (11:20)”. Maciek na to, że taka była rezerwacja, inaczej nie dotrzemy do Bombaju. Pan Bysio: „Nie lecą państwo, proszę ze mną, lub dopłata 300 dolarów”. No to ładnie, myślę sobie, ciekawie się zaczyna. Pokazałam bysiowi starą i nową rezerwację (stara, sprzed dwóch miesięcy na 16:05, nowa, potwierdzona cudem dzień wcześniej, na 11:20). Wyrwał obie z biletów, popatrzył, powiedział: „Ok, muszę to zabrać i pokazać dyrektorowi lotu”. Próbujemy oponować: „Ale to nasz wydruk rezerwacji, innego nie mamy!”. Bysio: „W kasie w Moskwie poproście, to wam wydrukują”. Jasne. I poszedł. A już nas widziałam, jak wychodzimy z powrotem na śnieg, a z wyprawy nici..

MumbaiPrzyszła pizza. Pizza pierwsza klasa, tyle że zjadłam półtora kawałka i czuję się pełna. Przede mną już tylko sześć kawałków. A Pepsi się kończy (oooostre!). Jak na ironię, Hindus przy sąsiednim stoliku nie tylko zalał pizzę sosem tabasco, ale jeszcze potraktował ją sproszkowaną papryką, pieprzem i czymś tam jeszcze. Co do żołądka: na razie się nie buntuje. Hm. Pepsi nie była z puszki. Była z dystrybutora. Żołądek pisnął ze strachu, ale nadal jest grzeczny. Teraz przyszła diet Pepsi. W puszce. A z pizzą daliśmy sobie spokój: zapakowali i będzie na kolację.

Retrospekcja II

Pan bysiek przy okazji zabrał niechcący mój „luggage identification”. Przez całą drogę bałam się, że więcej bagażu nie zobaczę. Ale dojechał cały i zdrowy.

Retrospekcja III

Myślałam, że turbulencje wykończą mnie zupełnie. Wykończyły, ale nie zupełnie. Na szczęście już z powrotem na ziemi. Z -8ºC w Moskwie po paru niewygodnie spędzonych godzinach mamy jakieś 30.

Bombay-Mumbai, pierwsze wrażenie było bardzo dobre. Na lotnisku miła obsługa, wszyscy nas zagadywali. W toalecie pierwszy zonk (zong?). Wchodzę, pani pokazuje mi wolną kabinę, uśmiecha się, potem naciska na dozownik mydła, odkręca mi wodę, podaje papierowy ręcznik… Więc ja też się uśmiecham, coś tam powiedziałam, chcę wychodzić, a miła pani wyciąga rękę i pociera paluszkami: money, money, money… A ja, buraczek, nie miałam żadnych pieniędzy, jeszcze nie wymieniliśmy. Więc mówię, że mi przykro, ale nie mam. Pani na to: „You don’t do this, first you give money, then you have me, not like this, you must give money!”. Ja głupi uśmieszek i w długą.

Mumbai

Wyszliśmy z lotniska. Nie mogłam uwierzyć, że wszystko wygląda tak, jak czytałam. Obskoczyli nas taksówkarze, ale udało nam się ich odpędzić. Poszliśmy do Railway Reservation Office. Wieeelka kolejka, wszyscy miejscowi. Jacyś Rosjanie kupują bilet, kolejka zatamowana. Postanowiliśmy zarezerwować pociąg na Goa na jutro. Podobno trzeba to robić z kilkudniowym wyprzedzeniem, ale Mistrz Maciej kupił bez problemu na jutro, całkiem niedrogo (600 Rs za dwie osoby!). Jako że Mistrz Maciej ewidentnie nie wygląda na miejscowego, został zawołany bez kolejki, urzędnik wypełnił bardzo radosny formularz o wydanie biletu i wszystko poszło gładko. Z biletem w kieszeni chcieliśmy dotrzeć teraz do centrum. Ain’t that easy… Dorwał nas rikszarz. Nie, raczej taksówkarz lub łapacz-klientów-dla-krewnych-i-znajomych-królika. Zdecydowaliśmy się na taxi za 300 Rs do centrum myśląc, że przepłacamy. Ale podróż trwała 40 minut – przez zatłoczone uliczki, ulice bez pasów, pieszych na drodze, slumsy po bokach, brud, warzywa sprzedawane wprost z chodnika, salwy klaksonów, wariackich kierowców, rowery, riksze, motory, zaciekawione spojrzenia… Nie przepłaciliśmy.

MumbaiUff, przytłaczające miasto: mimo całego jego uroku widać, że jest tu po prostu nadmiar ludzi. W sumie znalezienie hotelu poszło bardzo łatwo. Prostu zobaczyliśmy go przypadkiem i okazał się akurat tym, który zaznaczyliśmy w przewodniku. Hotel City Palace, maleńka dwójeczka za 875 Rs (czyli 910 z podatkiem), ma może ze 4-5 m2, ale za to nie ma robali. Mamy TV i klimatyzację, ale jako że jest tam baaardzo klaustrofobicznie, siedzimy na brzegu Morza Arabskiego podziwiając wystające z asfaltu palmy, brudną wodę i panoramę Bombaju. Siedzimy na murku przy chodniku, co przyciąga różnego rodzaju osobliwości… dzieciaki z bębenkami i kozami w nosach, klejące się tak długo, aż daliśmy im 2 Rs. Facet częstujący Maćka papierosami, a zaraz potem kupioną od kogoś herbatą (nie skorzystaliśmy…). Mnóstwo sprzedawców orzeszków – takie, siakie i owakie. Pan sprzedający wątpliwej jakości/oryginalności mirindę. No i całe mnóstwo saree, szerokich spodni i spojrzeń z ukosa. Choć tu nie gapią się tak, jak w okolicach hotelu. I te klaksony – nie ma dziesięciu sekund bez klaksonu… Boski ciepły wietrzyk wieje mi w plecy, jest chłodniej niż rano, ruszamy więc na spacer.

Mumbai - sprzedawca lodu

Ten kawał lodu najprawdopodobniej trafi do napoju z trzciny cukrowej, limonek i imbiru, świeżo przygotowywanego dla każdego spragnionego klienta. Maszyna wyciskająca sok wydaje charakterystyczny dźwięk przypominający dzwonki sań, zaś stragany oferujące napój można spotkać praktycznie na każdym kroku. Warto jednak poprosić o sok bez lodu...

Wniosek dnia: Bombaj pachnie kadzidełkami! Dowiedzieliśmy się, że grube jak cygara kadzidła skręca się (roluje) z czegoś na kształt czarnego surowego kruchego ciasta lekko wilgotnego i pomieszanego z plasteliną. Facet konspiracyjnym gestem pokazał nam woreczek, w którym trzymał ze dwie garście tego czegoś. Dał potrzymać, ale nie chciał się palić. Kupimy takie coś. Gdzieś, jakoś.

Hasło dnia: „No, thanks”. Maćka bolą policzki od uśmiechania się: No, thanks, we don’t need it… Pięćset takich samych straganów z płytami CD, aparatami, keyboardami, t-shirtami, obrusami – jak u nas u Ruskich na targu. Mam nadzieję, że na południu będzie więcej tego, co zwykle kojarzy się z Indiami.

W hotelu oszczędzają na klientach. Myśleliśmy, że jak wyjdziemy i zostawimy włączoną klimatyzację, to po powrocie zastaniemy chłodniutki, milutki pokój. Jasne – wyłączyli. Włączyli z powrotem dopiero na moją prośbę. Oczywiście z szerokim uśmiechem na twarzy: Yes yes, madame.

Prysznic. Kran na wysokości pępka, pod nim wiadro i małe plastikowe wiaderko. Obok umywalka, której rura wylotowa prowadzi prosto na podłogę. Warunki iście spartańskie, ale i tak po zimnej kąpieli ulga jest ogromna: w końcu świeżo! Teraz Maciek się chlupie, ciekawe jak jego wrażenia. Ja miałam problem z wiadrem: nie wiedziałam, czy lać wodę prosto na ziemię i chlapać się w cieknącej z kranu, czy wiadro jest po to, żeby w nim się umyć. Wybrałam wersję pośrednią, wlewając wodę do małego wiaderka i polewając się nią.

A za oknem znowu dzwonią. Coś wydaje dźwięk, jakby rytmiczne walenie wielkim widelcem o ogromny talerz, tudzież żelaznym prętem w jakąś blachę. Poszliśmy wcześniej zobaczyć, co to takiego (dzwoniło tak dobre pół godziny) i okazało się, że to chyba jakieś modlitwy, w głębi budynku mężczyźni wykonywali różnego rodzaju wygibasy przy bardzo silnym kadzidle.

Maciek wrócił. Czuje się jak młody bóg, coś w tym jest.

Zobacz także:



 

Komentarze i pingi są wyłączone.

Funkcja dodawania komentarzy jest wyłączona.